Cena rozrachunku. Recenzja filmu Królowie ulicy

Zdjęcie z filmu Królowie ulicy

Bycie wiernym swoim ideałom to prawdziwe wyzwanie. Szczególnie, gdy wszyscy naokoło robią dokładnie to, co karze ci w nie wątpić. W nie lada ciężkiej sytuacji znajduje się Tom Ludlow (Keanu Reeves), który jest członkiem specjalnej jednostki policji. Nie zawsze postępuje zgodnie z prawem, ale to wszystko w celu chronienia niewinnych. Kiedy jego były kolega Terrence Washington (Terry Crews) oskarża go o branie łapówek i kabluje wydziałowi wewnętrznemu, Ludlow ma ochotę spuścić mu manto. W momencie gdy się na to decyduje, jest świadkiem napadu na sklep, w którym ginie jego ex-partner. Tom jest pewien, że nie był to przypadkowy rabunek, lecz egzekucja. Postanawia zatem zbadać sprawę.

Zdjęcie z filmu Królowie ulicy

Reżyser David Ayer już pisząc scenariusz do Dnia próbyDenzelem Washingtonem udowodnił, że lubi ukazywać zarówno ciemną stronę policji jak i Los Angeles. Miasto Aniołów nie jest tutaj przytulnym miejscem, znanym z Hollywood, gwiazd i przyjemnego słoneczka nad plażą. Tu rządzi przemoc i prawo dżungli, czego osobiście doświadczył reżyser w młodości. Jedyny ratunek tkwi w policji, która niestety też ma swoje grzeszki na sumieniu. Z jednej strony przystosowuje się do brutalnych zasad ulicy, z drugiej próbuje się wzbogacić w niezbyt uczciwy sposób.

Królach ulicy mniej jednak rozterek moralnych bohatera, a więcej dreszczyku emocji. Wodzenie widza za nos skutkuje kilkoma niezłymi zwrotami akcji. Nic nie jest do końca takim, jakim się nam z początku wydaje. Fabuła niby dość standardowa i w gruncie rzeczy mało atrakcyjna, ale z minuty na minutę coraz bardziej zaczynamy się zastanawiać, czy reżyser nie próbuje nas wywieźć w pole. Zaskoczenie nie jest jakoś szczególnie wielkie, ale na tyle dobrze poprowadzone, że widz nie czuje się oszukany. Duża w tym zasługa aktorów, którzy wiarygodnie wcielili się w swoje postacie. Szczególnie wielkie brawa należą się kolejny raz Forestowi Whitakerowi. W jego przypadku możemy być pewni, że nie ważne jaką rolę otrzyma, zawsze wyciągnie z niej esencję. Szkoda tylko, że Keanu Reeves wypadł tak jak zwykle. Nie bez powodu jego przydomek to Drewniak, gdyż ciężko u niego liczyć na ruchy mięśni twarzy. Pokerzysta pełną gębą, chciałoby się rzec.

Królowie ulicy to solidne i dynamiczne kino sensacyjne z przyzwoicie poprowadzoną fabułą. Filmowi brakuje trochę do Dnia próby, lecz David Ayer jest na dobrej drodze, by wspiąć się do poziomu dzieła, nakręconego na podstawie jego scenariusza. Historia wciąga, kilka razy zwodzi nas na manowce, a na koniec płynie z niej gorzka prawda. Żyjemy w takim, a nie innym świecie. Każdy próbuje sobie dorobić na boku, a pomysłów na to jest tyle, ile samych zainteresowanych.

Plakat z filmu Królowie ulicy

Foto: Imperial – Cinepix

Kategoria posta: Aktualności, Recenzje, sensacyjne

  • http://niezlekino.pl/author/travis travis

    Core, kompletnie się z Tobą nie zgodzę. Dla mnie „Królowie ulicy” to film nieudany: od wspomnianej przez Ciebie roli Whitakera, który po raz kolejny w ostatnim czasie otarł się o kicz (szczególnie czuć to w finałowej scenie i jego monologu), przez ograne chwyty policyjnej sensacji, po miernie zarysowane postaci (nawet głównego bohatera, którego opisuje się tu niemal wyłącznie poprzez stereotypy). Wynudziłem się, a fragmenty mnie nawet rozbawiły. Ogólnie kiepściutko.

  • reikal

    Zgadzam się z travisem. Po pierwsze Whitaker w ostatniej scenie był… nie chcę tu użyć słowa „żałosny”, więc „nieprzekonujący” musi wystarczyć.

    Ogólnie film powiela bardzo wiele stereotypów i oklepanych chwytów (komendant oczywiście czarny, zły glina okazuje się tym dobrym itd).

    Pomimo obiecującego początku, wynudziłem się na Królach Ulicy dość mocno, co jakiś czas parskając śmiechem – co nie wynikało bynajmniej z założeń scenariusza, lecz naiwności tego filmu.

    Poza tym film potwierdza znaną prawdę, że Keanu dobrym aktorem nie jest. Ba! On w ogóle nie jest aktorem. W każdym filmie wygląda, gra i zachowuje się dokładnie tak samo.

  • http://niezlekino.pl/author/core Core

    Keanu Reeves zagrał na razie dobrze chyba tylko w jednym filmie – „The Gift” Sama Raimi.

    A propos roli Whitakera, szczególnie końcówki, to chyba kompletnie inaczej odbieramy jej sens. Moim zdaniem on taki właśnie w tej scenie miał być – przerysowany, wręcz karykaturalny. „Tonący chwyta się brzytwy” i wypada przy tym groteskowo.