Diabeł wcielony | recenzja Opętanych
Ptasia grypa, AH1N1, SARS – ostatnimi laty co chwilę jesteśmy straszeni jakąś nową epidemią. Nie wiem jak Wy, ale ja już zdążyłem się uodpornić na wiadomości o kolejnych wirusach – z tej całej szopki wokół świńskiej grypy chciało mi się tylko śmiać. Można by zatem sądzić, że równie dobrze mogę mieć dość wszelkich filmów o epidemiach. Nic z tych rzeczy – klimaty postapokaliptyczne i wirusowe to jest to, co tygryski lubią najbardziej, dlatego pełen optymizmu (wywołanego dobrymi recenzjami) czekałem na remake klasyka George’a A. Romero The Crazies pod idiotycznym polskim tytułem Opętani. Czy z kina wyszedłem z uśmiechem na twarzy?
Cóż, po seansie uczucia miałem trochę mieszane. Nie jest to najgorszy remake jaki widziałem, choć do bardzo dobrego jeszcze trochę mu brakuje. Opętani to nic innego jak solidny średniak, przy którym nie będziecie nazbyt często wywracać oczyma, ale tym bardziej bić pokłony.
O ile mnie pamięć nie myli, remake dość wiernie trzyma się fabuły oryginału. Z jedną poważną różnicą – w nowej wersji większość zarażonych zmienia się w psychopatycznych zabójców, zaś w filmie Romero przeważali obłąkani, którzy nie byli zbyt wielkim zagrożeniem dla innych. Czy remake poszedł zatem w dobrą stronę? Owszem, gdyż dzięki temu otrzymaliśmy niezły survival horror, w którym niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku – zarówno żołnierze, jak i sąsiedzi to dla naszych bohaterów wrogowie publiczni numer jeden.
Wątek przetrwania został ukazany całkiem przyzwoicie, aczkolwiek zabrakło lepszego prologu. Dosłownie kilka minut i akcja rusza z kopyta. Co prawda Opętani nie ucierpieli pod tym względem tak jak chociażby Wilkołak, lecz osobiście życzyłbym sobie parę dodatkowych minut z sielankowego życia wsi. Jedna piosenka Johnny’ego Casha sprawy nie załatwi (mam wrażenie, że reżyser Breck Eisner wzorował się Świtem żywych trupów Zacka Snydera).
Zanim się obejrzymy, do miasteczka wprowadzają się żołnierze i zaczyna się proces eliminacji. Rząd amerykański został przedstawiony jako diabeł wcielony. Za błąd tych z góry muszą zapłacić Bogu ducha winni mieszkańcy, potraktowani nie lepiej niż Żydzi w obozach koncentracyjnych. Niektóre sceny są dość drastyczne w wymowie i można się zastanowić, czy scenarzyści nie puścili nazbyt wodze fantazji.
Napięcie towarzyszy widzowi przez cały seans. Co prawda wytrawny widz (nawet nie znający oryginału) szybko dopowie sobie resztę, ale to już poniekąd wada większości filmów o epidemiach – widziałeś jeden, widziałeś wszystkie. Albo się z tym pogodzisz i będziesz czerpał przyjemność z wiejskich klimatów w wersji hardcore, albo będziesz kręcił nosem na przewidywalność i ograne motywy.
Mimo niektórych wad, Opętani to udany remake, choć do wspomnianego wyżej Świtu żywych trupów jeszcze mu daleko. Niestety zapomniano o lepszym zarysowaniu postaci głównych bohaterów (przydałaby się rozszerzona wersja na DVD), jednakże aktorzy (Timothy Olyphant i Radha Mitchell) spisali się na tyle dobrze, że ich los w jakimś tam stopniu mnie interesował. Bezpretensjonalna rozrywka (można mieć trochę wątpliwości do końcówki), odrobina gore dla brutalnego realizmu i pesymistyczny wydźwięk – to wystarczy, by nie psioczyć na minusy.
Foto: Monolith





Zobaczymy, czekam na okazję obejrzenia. Niech po prostu w kwestii luźnych filmów ze zjawiskami około “paranormalnymi” będzie lepszy niż Daybreakers i Legion.
Myślę, że na pewno będzie lepszy. Daybreakers był bardzo średni – rozczarowanie. Natomiast Legion to w ogóle jakaś pomyłka. Australijczycy pokazali, że za naprawdę śmieszne pieniądze (gdzieś wyczytałem, że to było 150tyś dol.) można zrobić naprawdę dużo ciekawszy film – “Gabriel”.
Co do Daybreakers dziwię się aż tak dobrym ocenom. Legion oglądałem tylko ze względu na Quaida i Bettamy… początek niezły, techniczne aspekty ciekawe. Potem niestety straszna rozlazłość. Śmieszne, że oba filmy odniosły sukces, zaś dużo lepsze Pandorum również z dobrymi ocenami zaliczyło klapę.
Faktycznei troche brakuje tu poczatku: moznaby zrobic ciekawy obraz malego miasteczka z roznymi relacjami miedzy mieszkancami, ktorzy np. potem z pary kochankow zamieniaja sie w psychopatycznych mordercow – sam watek rodziny tego pierwszego zastrzelonego kolesia i relacji meidzy pracownica pani dr i jej chlopakiem to za malo. Takze sledztwo woklo sprawy zakazen powinno byc dluzsze i mniej oczywiste – w filmie nasz dzielny szeryf w ciagu 10 sec wyciaga wszystkie wnioski jakby juz wczesniej ten film ogladal ;). Dosc ciekawy moglby byc motyw zarazonego zastepcy, moznaby tu wyciagnac wiecej napiecia i bardziej dramatycznie to rozegrac – zmarnowano spory potencjal takiego ukladu. Tak wiec wg mnie film powinien w 2/3 skladac sie ze spokojnych scen, w ktorych stopniowo pojawiaja sie nowi zainfekowani i jest prowadzoen sledztwo – cos bardziej ale x-files czy csi. Niestety proporcje sa odwrotne i 2/3 to sieczka a armia wkracza po 15 min od napisow poczatkowych – troche to za duze tempo narzuca. A przeciez tak na prawde najstraszniejsze sa niedopowiedzenia a nie jakis ucharakteryzowany koles z widlami. Jak dla mnei samych scen z niszczeniem miasta przez pseudo-zombiaki moglby by7c maks 20 min w tym filmie. Tak samo w momencie kiedy oni mineli blokade na drodze myslalem ze to juz koniec filmu i stosunkowo niepotrzebny byl wg mnie ten ostatni epizod z ciezarowka i totalna masakra wszystkiego ;). Nie podoba mi sie tez zakonczenie bo jest takie typowo pod nastepna czesc i wyglada jak zakonczenia kazdego Resident Evil, ktore neistety sa seria dosc niskich lotow. Duzo lepiej bylo to juz zrobione w starym swicie zywych trupow – zakonczenie bylo podobne ale mniej oczywiste i mniej przygotowujace do 2 czesci ;).
Gdyby film przemontowano to mógłby wyjść ciekawszy. Jest OK, na 7, ale spodziewałem się osaczenia w miasteczku. Cała ta podróż jakoś nie wyszła całości na dobre. Dobry początek, ale niestety akcja rozpoczyna się za szybko. Również zdjęcia na początku były ciekawsze. Remake OK, z pewnością lepszy niż oryginał bo co jak co, Romero nigdy nie kręcił powalających filmów.