Grzechy wojny w Iraku | recenzja filmu Green Zone

Na wstępie ze smutkiem muszę stwierdzić, że ten film powstał o wiele za późno. Z wiedzą na temat wojny w Iraku, którą posiadamy na dzień dzisiejszy, Green Zone nie ma szans kogokolwiek zaszokować. Na całe szczęście reżyserem jest Paul Greengrass, więc chociaż mamy gwarancję sprawnie nakręconego i trzymającego w napięciu thrillera politycznego.

Inwazja na Irak była nielegalna ? prawda znana wszem wobec od bardzo dawna. Paul Greengrass stanął zatem przed trudnym zadaniem nakręcenia filmu o nie ekscytującej już oczywistości. Udało mu się to w filmie Lot 93 i udało się w Green Zone. Sęk w tym, że o ile 9/11 nadal budzi u Amerykanów spore emocje, o tyle kwestia Iraku coraz bardziej irytuje i ludzie są tym tematem zmęczeni. Czy taki był zatem powód porażki finansowej Green Zone? Całkiem prawdopodobne, bo sam film broni się pod wieloma względami.

Fabuła wciąga nas w świat politycznej manipulacji. Greengrass jednak dość obiektywnie przedstawia cztery różne obozy ? polityków, którzy doprowadzili do wojny, niedowiarków, nie ufających tym pierwszym za grosz, zwykłych obywateli Iraku, którzy poniekąd na tej wojnie skorzystali, oraz dygnitarzy, którzy z kolei stracili swoje wysokie stanowiska. Kto ma rację, kto się myli? Czy prawda faktycznie wyzwala? Każdy może to zinterpretować na swój sposób i w tym tkwi siła filmu. Greengrass w przeciwieństwie do takiego Olivera Stone?a nie opowiada się po żadnej ze stron i pozwala widzowi wysnuć własne wnioski.

Sama historia jest na tyle ciekawie opowiedziana, że nie miałem czasu się nudzić. Kiedy trzeba jest bardzo dynamiczna, innym razem pozwala przełknąć natłok informacji (często sprzecznych, jak to bywa w politycznych rozgrywkach). Gdyby jeszcze główny bohater nie był prawy do granic możliwości (wzór cnót amerykańskiego żołnierza), fabuła byłaby niezwykle wiarygodna. Ale o tym drobnym zgrzycie zaczynamy myśleć dopiero po seansie -  w trakcie nie ma na to czasu.

Jak przystało na Greengrassa, Green Zone to solidna produkcja od strony realizatorskiej – surowe zdjęcia rodem z relacji telewizyjnych, dbałość o szczegóły, szybki montaż. Po części można się przyczepić do ostatniego elementu, który w finale osiągnął apogeum chaosu ? dorzućcie do tego trzęsącą się kamerę i będziecie musieli oglądać film na DVD na stopklatce, by nadążyć za akcją. Finałem byłem autentycznie zmęczony ? mimo że lubię filmy w paradokumentalnej formie, tutaj Greengrass za bardzo wziął sobie do serca realizm.

Green Zone to nie Bourne w Iraku – reżyser, Matt Damon i dynamika nie wystarczą, by tak stwierdzić. To  solidny polityczny thriller, który niestety wpadł w tematyczną pułapkę. Fani Greengrassa nie powinni być rozczarowani, reszta raczej będzie kręcić nosem na kolejny film o Iraku.

Abstrahując od recenzji, chciałbym poruszyć także inną kwestię ? jakość obrazu filmów puszczanych w kinach. Nie wiem, czy wcześniej też tak było, a ja tego nie zauważałem, ale ostatnio coraz częściej rażą mnie analogowe kopie. Już podczas seansu filmu Iron Man 2 w niektórych ciemnych scenach z ekranu wysypywały się tony ziarna. Ale to, co zobaczyłem podczas wspomnianego wyżej finału Green Zone, doprowadziło mnie do rozpaczy ? ZIARNO, ciemność, bardzo szybki montaż = kompletna dezorientacja. Nie wiem, może tylko ja trafiłem na tak marną kopię. Jak było u Was?

Foto: Impawards

  • boroach

    Ja oglądałem cyfrówkę i stwierdzam, że od teraz będę starał się celować w seanse cyfrowe. Jakość obrazu bez porównania.
    Film natomiast również mi się podobał. Jest wciągający i angażujący, podobnie jak Lot 93 czy Krwawa niedziela. Greengrass ma swój styl i bardzo mi on odpowiada. Montaż i trzęsąca się kamera powodują chaos, ale tu jeszcze da się go ogarnąć. W ostatnim Bondzie to było już grube przegięcie z tymi szybkimi cięciami…

  • http://niezlekino.pl/author/core Ireneusz Podsobiński

    Szkoda, że nie zawsze zaznaczają, czy kopia jest analogowa czy cyfrowa. A z ostatniego Bonda to pamiętam właśnie tylko te błyskawiczne cięcia ;)

  • Zdystansowany

    Analogowa projekcja to jest straszna porazka. W moim kinie czasem pisza ze cos jest digital, ale to sa niestety pojedyncze filmy w takiej jakosci (ale przynajmniej wszystkie w 3d chyba). Analog to straszne ziarno, czesto takze paski i przetarcia tasmy jesli film jest juz dluzszy czas puszczany, no i na moje oko tez gorsze kolory i duzo gorsza ostrosc obrazu. Ale i tak ten obraz cyfrowy jaki puszczaja nam w kinach to przewaznie jest tylko 2k rozdzielczosc, a dopiero projektory 4k moga zaoferowac przywoita rozdzielczpsc na tak duzej powierzchni.

  • michnik

    Polecam zatem wizyty we wrocławskich Arkadach, zamiast Heliosa. Połowa sal już zaopatrzona w cyfrowe projektory, a w przeciągu najbliższych miesięcy zostanie również wymieniona reszta. Choć wiele też zależy od dystrybutora – niestety większość filmów wciąż wychodzi tylko w kopii analogowej. Całe szczęście „Green Zone” nie ;)

    A sam film – dla mnie bomba.

  • niki

    a czy przypadkiem w tym filmie ziarno nie jest celowo uwydatnione, aby jeszcze bardziej uwiarygodnić „dokumentalność” przekazu? co do skaczącej kamery – nie jest nawet w połowie tak denerwująca jak w Project Monster np.

    Green Zone to niezła produkcja, ale jak słusznie zauważono tematyka iracka mocno się przejadła, a sceneria też nie daje takich możliwości „zaszalenia” jak trylogia Bourne’a. ogląda się fajnie, ale chyba bardziej podobało mi się Królestwo.

  • boroach

    Ziarno nie jest uwydatnione, oglądałem cyfrową wersję i obraz był idealny. Nie ma tu stylizacji na amatorskie wideo, jak w Cloverfield czy [Rec]. Kamera się trzęsie, ale ma formuły niby-dokumentu. Jak chodzi o Irak, to para-dokument zrobił De Palma – Redacted. Wyszło mu średnio, choć temat był bardzo ciekawy.
    Co do aktualności tematyki – Pluton Stone’a powstał ponad 10 lat po wojnie w Wietnamie. Oczywiście, Green Zone to nie ten poziom, ale tak tylko mi się skojarzyło ;)

  • http://niezlekino.pl/author/core Ireneusz Podsobiński

    To musiałby ocenić ktoś, kto widział także kopię cyfrową – czy tam ziarno nadal jest obecne. Jeśli było to celowe, to moim zdaniem pomysł chybiony. Poza tym to jednak produkcja o budżecie 100 mln $, więc trudno mi sobie wyobrazić, by aż tak kiepski obraz był celowy.

    O dziwo mnie skacząca kamera w „Projekcie: Monster” tak bardzo nie drażniła. Pewnie dlatego, że jakoś obrazu była dobra i nie drażniło mnie dodatkowo ziarno ;)

    @boroach – hehe, minimalnie szybszy ode mnie :)

  • loko

    mnie tez nie draznilo (w Projekcie Monster), raczej tych co draznila zaliczalbym do mniejszosci ;) film bardzo udany (o dziwo),

    choc oczywiscie sa ewidentnie przegiete przypadki jak Blair Witch Project itp cuda