rohtenburg

  1. Odrażające inspiracje - tym razem kulinarne

    glowne-danie

    Tak jak obiecywałem dziś kolejna porcja filmowej makabry inspirowanej prawdziwym życiem. Zanim jednak zacznę, muszę lojalnie ostrzec ludzi o słabszych nerwach i żołądkach. Nie robię tego po to aby Was zachęcić do czytania – po prostu treści jakie dzisiaj będziecie mogli przeczytać naprawdę mogą nie wszystkim przypaść do gustu… Czytajcie zatem jeśli chcecie, ale na własną odpowiedzialność!

    Dziś będzie o duchowych krewniakach bohatera filmu Milczenie Owiec. Hannibal Lecter jest najbardziej chyba znanym w popkulturze mordercą – kanibalem. Jednak jego postać od początku do końca jest zmyślona! Wprawdzie filmowcy wzorowali się na Edzie Gein’ie o którym pisał tydzień temu, to jednak nie było ich intencją robić film o jego życiu i makabrycznych zbrodniach. Chociaż oczywiście, postać ta jest na nim wzorowana. Z inną sytuacją mamy do czynienia kiedy mówimy o filmie Rohtenburg (angielski tytuł Grimm Love). Film ten jest opowieścią o życiu człowieka, który kochał ludzi. Tak, bardzo, że niektórych miał ochotę zjeść.

    Armin Meiwes i jego historia posłużyła jako inspiracje dla wielu muzyków i reżyserów. Jednak ja wybrał ten film, głównie dlatego, że jest on w miarę wierny prawdziwym wydarzeniom. Ale zacznijmy od początku! Armin Mewies był nieśmiałym dzieckiem na co na pewno wpłynęła jego zaborcza matka i rozwód rodziców. Trochę zagubiony, ale cichy, spokojny i uczynny. Gdy skończył studia zaczął pracować jako informatyk – dzięki temu, w czeluściach Internetu zaczął znajdować informacje na temat swojego wielkiego marzenia. Armin miał bowiem jedno życzenie – chciał mieć przyjaciela, którego mógłby … zjeść! Co dziwne, w sieci znalazł dziesiątki osób, które dobrowolnie chciały oddać mu się jako posiłek! Franky (to jego nick na portalach dla kanibali, min. na Cannibal Cafe – tak, takie rzeczy naprawdę istnieją; nie linkuje bo i tak znajdziecie ;) znalazł aż 204 chętnych z całego świata do tego aby stać się jego głównym daniem! Oto treść jednego z „zaproszeń” jakie znaleziono w internetowej korespondencji Armina:

    Mam nadzieję, że wkrótce do mnie przyjedziesz. Jestem zgłodniałym ludożercą. Podaj mi swój wzrost i wagę, a zaszlachtuję cię i zjem twoje doskonałe mięso”

    Innym razem pisze do innego internauty, udzielając mu fachowych rad:

    „Pamiętaj, że przy swojej wadze masz około 35 kilogramów nadającego się do zjedzenia mięsa”

    Prawda, że słodko? Tak więc Armin próbował umówić się z kimś na mała kolacyjkę. Jeden z jego gości, który przyjechał do niego zrezygnował w ostatniej chwili z pomysłu oddania się jako posiłek. Niesamowite jest to, że Armin jego rezygnację przyjął z całkowitym spokojem, a mężczyźni spędzili wieczór na jedzeniu … pizzy i popijaniu piwa.

    Jednak, w końcu znalazł upragnioną ofiarę, bardzo zresztą chętną. Był nią pewien berlińczyk, także programista – Brenden Jurngen Brandes (nie wspominałem, że cała historia działa się u naszych sąsiadów w Niemczech? :). 9 marca 2001 roku mężczyźni spotkali się w domu Frankiego Rotenburgu. Na wstępie postanowili, że zanim Brandes zginie, z chęcią spróbuje sam swojego własnego ciała… Armin odurzył go lekami, następnie wielkim kuchennym nożem odciął mu penisa, którego później usmażył z czosnkiem na maśle. Spożyli go obaj. Podobno był „twardy i trudny do przełknięcia”. Następnie postanowił pomóc swojemu przyjacielowi w zejściu ze świata. Ten bowiem stracił wiele krwi i zaczął tracić świadomość, a Meiwes nie chciał narażać go na cierpienia. Przeniósł zatem ciało do wanny, którą wypełnił gorącą wodą tak aby ten szybciej się wykrwawił. Skąd to wszystko wiemy? Franky miał duszę dokumentalisty i wszystko to zarejestrował na kamerze wideo, a kaseta stała się później  dowodem w sądzie.

    Gdy ten zszedł z tego świata, Armin dokładnie oprawił jego ciało – kości i jelita zakopał w ogródku, resztę zjadał na bieżąco, albo zamroził. Kanibal z Rotenburga jak później nazwano nieśmiałego programistę nie chciał zaprzestać na jednym posiłku. Umawiał się po kolei z 4 osobami, które jednak w ostatniej chwili się wycofywały. Armin puszczał je zatem wolno… Jednak wkrótce jego sprawa trafiła na policję, zaalarmowaną przez pewnego studenta z Austrii, który na początku korespondował z Meiwesem tylko dla zabawy. Jednak gdy zorientował się, że jego internetowy znajomy wcale nie żartuje zadzwonił na policję. Kanibala wkrótce ujęto…

    Kanibal z Rotenburga we własnej osobie
    Kanibal z Rotenburga we własnej osobie

    Nie lada kłopot miał niemiecki sąd. Armin Meiwes w opinii wszystkich biegłych lekarzy był … zdrowy psychicznie! Jedynie co można mu było zarzucać to słaba umiejętność odczuwania empatii, która nie jest jednak chorobą. W procesie w którym brał udział między innymi kochanek jego ofiary (Armin wysłał mu list z przeprosinami, za to, że zjadł jego chłopaka!), w pierwszej instancji padł wyrok ośmiu lat więzienia. Obrońcy zaakceptowali to, podobnie jak zaakceptowali paragraf  na mocy którego kanibal został skazany – zabójstwo drugiego stopnia.

    Po wyroku Armin sprzedał prawa do swojej historii producentom filmowym – gdyby wyszedł na wolność byłby teraz bardzo bogatym człowiekiem. Nie wyjdzie jednak, ponieważ sąd apelacyjny skazał go w 2006 roku na dożywocie. A film jest bardzo dobrą produkcją, jeśli ktoś lubi połączenie horroru i dramatu psychologicznego!

    Mam nadzieję, że jesteście usatysfakcjonowani bo ja na jakiś czas mam dosyć pisania na ten temat :) Co nie znaczy, że nie wrócę do tego za jakiś czas… Jeśli oczywiście chcecie :)))

    Foto: nkzs

    Źródło: własne,  Dzieje kanibalizmu, Daniel Diehl, Mark. P. Donnelly